sobota, 27 lipca 2013

Rozdział II



- Percy! - krzyknęła od razu.
 Podbiegłam do niego. W miejscu po uderzeniu chłopaka, kora z drzewa była zdarta, a były na niej widoczne ślady krwi. Gdy Annie spojrzała w dół, zobaczyła leżącego Percy’ego, który chyba się już wybudzał. Szybko uklękła przy nim. Podniosła jego lewą rękę i, jak podejrzewała, zauważyła grubą szramę, z której ciekła krew. Jak najszybciej urwała kawałek materiału ze swojej niebieskiej tuniki i zatamowała krew solidnym opatrunkiem. Kiedy skończyła, jak najszybciej obejrzała chłopaka w poszukiwaniu innych ran, ale na szczęście wydawało się, że oprócz zranienia na plecach chłopak był cały. Ann wstała na chwilę z klęczek, żeby zobaczyć gdzie się znajdują.
Miejsce wokół drogi porastał duży i gęsty las, który ciągnął się aż do horyzontu. W oddali słyszała szum fal, lecz było to za daleko, by dojść tam wystarczająco szybko samemu, a co dopiero z rannym. Zaczęła przypatrywać się drzewom i zauważyła wielką sosnę, górującą nad wszystkimi innymi drzewami. Udało jej się znaleźć to miejsce, które widziała jeszcze dzisiejszego dnia, rano. Dziewczyna była wniebowzięta. Jednak przypomniała sobie o Percym leżącym u jej stóp. 
Trzeba mu jakoś pomóc - pomyślała. Kucnęła przy nim i dotknęła jego policzka. Był ciepły, wręcz gorący. Chciała trzymać dłoń dalej na policzku, jednak wbrew sobie odsunęła ją i lekko pacnęła chłopca, aby się ocknął. Żadnej reakcji. Dopiero po chwili Percy poruszył się lekko. Gdy otworzył oczy, od razu spojrzał w kierunku jego policzka. Annie uświadomiła sobie, że zapomniała zdjąć z niego ręki. Szybko wzięła rękę i poczuła, że rumieni się na twarzy. No tak, jeszcze tego brakowało, żeby się zapłonęła rumieńcem! Zawsze chciała się zakochać w kimś, kto by o nią dbał i kochał równię mocno, jak ona jego, a pomimo tego miała wrażenie, że Percy to nie ten jedyny. Nagle jej dłoń przesunęła się do kruczoczarnych włosów.  Dziewczyna jeszcze mocniej się zarumieniła i nie potrafiła cofnąć ręki. A może nie chciała...? Percy patrzył się jej prosto w oczy. Nawet nie drgnął, kiedy jej dłoń pochwyciła siwy lok włosów.
Gdy Annie chciała się odezwać, chłopak z trudem dotknął palcem jej warg. Widać było zmęczenie na jego twarzy. Nie odrywając wzroku od jego oczu, pocałowała go. Niestety Percy nie odwzajemnił pocałunku, tylko cały zesztywniał. Ann odsunęła się od niego, zabrała rękę z jego włosów i zapytała:
- Jak się czujesz ? “- W jej głosie brzmiała uraza.
- Nie wiem… Muszę spróbować się podnieść.
Po tych słowach Percy usiadł, a następnie położył dłonie na ziemi i spróbował wstać.  Prawą rękę przeniósł na drzewo, i powoli, z trudem wstał i oparł się o drzewo. Widocznie zmęczył się, bo po jego czole spływał pot. W międzyczasie z poobijanego auta wyszedł wcześniej nieprzytomny taryfiarz. Obszedł auto i zagwizdał na widok wielkiego wilka.
- Co tu robi ten kamień?  - “ zapytał się o spojrzał w naszym kierunku. -“ Młodzieńcze nic Ci nie jest? - Po chwili dodał -“ w jaki sposób uderzyłeś w to drzewo?
- Yyy… no… ja chyba.. kiedy uderzyliśmy w to coś  - “ Wskazał na złotego potwora. - Wypadłem z auta i uderzyłem o drzewo.
- A pasów to się zapomina zapiąć, co?  -  powiedział zniesmaczony. -“ Czekaj, czekaj… otworzyłeś drzwi, idioto?
- Idioto?! - Percy napiął mięśnie.  -  Ja przynajmniej nie wjechałem w kamień! - Wskazał w ów kierunku.
- Nie widziałem go!
- Ja jakoś widziałem, to dlatego odpiąłem pasy i otworzyłem drzwi, chciałem go zobaczyć.
Annie stała jak wryta i patrzyła na całą scenę ze zdziwieniem. Nie miała pojęcia, dlaczego Percy oszukuje kierowcę. Gdy dojdą do „bezpiecznego miejsca”, chłopak będzie musiał jej wszystko wytłumaczyć.
Przeniosła spojrzenie na leśną dróżkę i zauważyła dziewczynę o blond włosach, kroczącą w ich kierunku. Miała tą samą koszulkę na sobie, co Percy. Skąd się tu wzięła...? Kiedy podeszła bliżej, zauważyli ją w pełnej krasie. Jasne kosmyki spływały na delikatną cerę, a szare, ciekawe świata oczy obserwowały całe zajście. Ręce, założone z tyłu, kryjące gruby patyk śmignęły w powietrzu, uderzając kierowcę w głowę. Znów zemdlał. Annie popatrzyła na Percy’ego ze zdziwieniem, poczuła lekki strach. On tylko uśmiechnął się do niej uspokajająco i odwrócił wzrok na nieznajomą. W jego oczach zagościł błysk, jednak nie ten jej znany. Ten był o wiele mocniejszy, widać w nim było pożądanie.
On ją kocha  -  pomyślała Ann.
- Annabeth!  -  zawołał Percy.-“ Dlaczego to zrobiłaś?
- Oj przepraszam, miałam tylko wrażenie, że masz go dość - odparła z rozbrajającą szczerością.
- Miałem, ale jakoś bym z tego wybrnął -“ Percy zerknął z ukosa na Ann i powiedział. -“ Annie, to jest moja przyjaciółka, Annabeth Chase.
- Cześć  -“  powiedziała cicho i wyciągnęła rękę -  Jestem Annie Sterk.
- Hej -“ rzuciła blondyna, po czym szybko podała mi rękę.
- No to co, idziemy do Obozu?  - “ zapytał Percy.
- Chodź, Glonomóżdżku  -“  powiedziała z uśmiechem Annabeth i ruszyła przed siebie.
Annie spojrzała na chłopaka, który nadal opierał się o drzewo. Teraz powoli odsunął się i ruszył chwiejnym krokiem przed siebie. Uśmiechnął się do niej i zachęcił gestem, by szła za nim. Ann nie miała wyboru ruszyła za przyjaciółmi.
Glonomóżdżek? O co chodzi? - dziewczyna zastanawiała się dlaczego blondyna tak nazwała Percy’ego, a on tylko się do niej uśmiechał, zupełnie jakby widział tylko ją. Ann miała nadzieję, że ktoś ją pokocha tego lata, nie chciała być sama. Teraz patrzyła na Annabeth i Percy’ego wesoło dyskutujących. Chciała się do nich dołączyć, lecz też nie chciała im przeszkadzać, więc została z tyłu i przypatrywała się tej dwójce.  Po dłuższej chwili miała ochotę wskoczyć pomiędzy drzewa i uciec, nie chciała już patrzeć jak ci dwoje całkowicie nie zważają na jej obecność. Nie lubiła być w centrum uwagi, lecz  w tej sytuacji raz za czas chyba przydałoby się spojrzeć do tyłu, czy chociaż uśmiechnąć się zachęcająco.
Nagle Percy zwolnił. Annie od razu to zarejestrowała wzrokiem, a Annabeth spytała, co się stało. Chłopak nie zdążył nic powiedzieć, bo osunął się na ziemię. Szmatka na jego ramieniu zaczęła przeciekać krwią. Przyjaciółka Percy’ego krzyknęła i uklękła przy nim, zaczęła go wołać, ale ten znów stracił przytomność. Ann nie mogła się ruszyć i obserwowała wszystko z narastającym przerażeniem. Próbowała przezwyciężyć ołów, z którego zdawały się teraz być jej nogi, jednak strach był silniejszy. Wpatrywała się w Annabeth i nieprzytomnego Percy’ego. Po chwili, która dla Ann trwała w nieskończoność, dziewczyna ruszyła się i z ociężałymi nogami podbiegła co chłopaka. Uklękła przy nim i przyglądnęła mu się. Nie było dobrze. Percy cały zbladł i bardzo ciężko oddychał. Zastanawiała się dlaczego chłopak zemdlał, przecież tylko… uderzył o drzewo z ogromną siłą!
- Annabeth, czy w pobliżu jest jakieś miejsce, gdzie jest lekarz, czy coś?
- W Obozie Herosów  -  powiedziała dziewczyna. - jest już blisko.
- Damy radę go tam przenieść?
- Tak, chyba tak. Widzisz tę wielką sosnę? Wystarczy go tam zanieść.
- No to bierzmy się do roboty.
Annie chwyciła za ręce chłopaka, a Annabeth za nogi i zaczęły powoli ciągnąć go w stronę sosny. Dziewczyna jeszcze nigdy aż tak strasznie się nie zmęczyła. Gdy dociągnęły go do drzewa, niemal cała siła ją opuściła.
Ann bała patrzeć się na plecy Percy’ego, które musiały być bardzo otarte, ponieważ zostawiał za sobą krwawe ślady. Dziewczyna odwróciła głowę i zobaczyła tą samą dolinę z domkami, którą widziała kiedy medytowała. W górę biegli do nich jacyś ludzie w pomarańczowych koszulkach.
Pewnie obozowicze - pomyślała Annie. Był wśród nich chłopiec z czarnymi włosami i ciemnymi oczami, ubrany również na czarno. Wyglądał na młodszego od reszty. Kiedy chłopiec spojrzał na nią, uśmiechnął się lekko i odwrócił wzrok. Wszyscy biegli do Percy’ego, który zdawał się odzyskiwać przytomność. Silniejsi chłopcy podnieśli go i ruszyli w stronę największego domu. Jedyny, który pozostał to „czarny chłopiec”.
- Co się stało?  -  zapytał. Głos miał niski i pomrukliwy.
- Nic, nie widać?  -  zironizowała.  - Jak szliśmy do Obozu, Percy po prostu zemdlał -“ odpowiedziała cicho.
- Ja wiem co się stało -  powiedziałam niepewnie.
Spojrzeli na mnie zaciekawieni.
- Chodź, opowiesz nam wszystko w Wielkim Domu.  

wtorek, 23 lipca 2013

Rozdział I

Medytacja. Jedyny sposób, aby czternastoletnia Annie dowiedziała się kim są jej rodzice. Usiadła więc na trawie , wyciągnęła ręce przed siebie i wsłuchała się w bicie swojego serca. Biło ona równomiernie: pum-pum, pum-pum. Nagle zobaczyła obraz, domki w kształcie litery U, plac do gry w siatkówkę oraz różne dziwne budynki, polana, na której znajdowały się domki była otoczona wielkim lasem, nad którym górowała sosna, jedna wielka sosna, na której coś wisiało , coś złotego. W ostatniej chwili zobaczyła piękne jezioro, a w oddali morze obijające się o brzeg. Otworzyła oczy, nie dała rady dalej medytować. Dziewczyna czuła, że musi odnaleźć ten obóz czy cokolwiek to było. Czuła, że to miejsce gdzie powinna być.
Niechętnie podniosła się z trawy i ruszyła w stronę sierocińca. Nienawidziła tego miejsca. Nikt jej nie lubił, a do tego sama dawała do tego powody. Była nadpobudliwa i często coś psuła, a jeszcze żeby było mało bardzo często miała ochotę kogoś uderzyć. Czasem udawało jej kontrolować swoją złość ale najczęściej dochodziło do bójek.
Dziewczyna otworzyła drzwi i jak najszybciej pobiegła do swojego pokoju żeby się spakować i uciec. Na szczęście nie dzieliła z nikim pokoju więc pochowała najważniejsze dla niej rzeczy do plecaka i wyskoczyła przez okno aby nikt jej zauważył. Ann uwielbiała to robić, ponieważ pod jej oknem znajdowała się rzeka, a ona kocha wodę. 
Gdy dotknęła wody poczuła, że przybywa do niej energia, to był jeden plus wody. Jak najszybciej popłynęła w stronę zatoki Long Island, czuła, że ktoś tam na nią czeka. Płynęła jakieś 15 minut gdy stwierdziła, że nikt z sierocińca na pewno jej nie zauważy. Wyszła więc z wody, nie przejmując się tym, że cała była mokra. Woda ściekała z niej na chodnik, a ludzie omijali ją szerokim łukiem jakby była dziwakiem. Nie dziwiła im się , BYŁA dziwakiem.  
Ruszyła chodnikiem gdy nagle zobaczyła chłopca, który przypominał jej ją samą. Mieli te same morskie oczy i czarne włosy. Nawet wyraz twarzy miał podobny. Gdy ją spostrzegł Ann ujrzała błysk w jego oku. Uśmiechnął się szeroko. Annie wiedziała, że nigdy nie zapomni tego uśmiechu.
- Cześć siostrzyczko – powiedział i uśmiechnął się jeszcze szerzej na widok, jej zdziwionej miny dodał – jestem Percy Jackson, a ty ?
- Ja … Annie Sterk… dlaczego nazwałeś mnie siostrzyczką?
- Chodź wytłumaczę Ci wszystko w bezpiecznym miejscu.
Po tych słowach Percy wziął ją pod rękę i zaczął prowadzić do pierwszej taksówki. Gdy do niej wsiedli kazał taryfiarzowi jechać gdzieś na Long Island.   Annie przyglądała się mu z zaciekawieniem. Jego pomarańczowa koszulka z napisem „Obóz Herosów” była na tyle krótka , by ukazywać jego niewielkie  mięśnie na ramionach. Ciemne podarte jeansy wyglądały jakby nosił je przynajmniej dziesięć lat. Jego włosy były rozczochrane tak bardzo, że aż Ann chciała je przygładzić lecz szybko przestała o tym myśleć. Chcąc nie chcąc Percy się jej podobał lecz widziała w nim podobieństwo do samej siebie. Przypatrując się Percy’emu dziewczyna zobaczyła, że w kruczoczarnych włosach znajduję się siwy lok. Ann miała ochotę zapytać skąd on się wziął ale się powstrzymała. Ujrzała również zmęczenie na jego twarzy, widziała, że nie spał po nocach. Może tak jak ona miał koszmary.
-Percy wiem, że nie powinnam pytać ale masz koszmary nocne?
- U nas to normalne – wyszczerzył się w szelmowskim uśmiechu – zobaczysz jak dojedziemy na miejsce.
- Percy…
Nie zdążyła dokończyć, ponieważ coś uderzyło w taryfę z taką siłą, że ta o mało co nie została zmiażdżona. Annie spojrzała na Percy’ego ale on już stał przed wielkim potworem, który wyglądał jakby był cały z metalu i do tego przypominał wielkiego wilka jednak cały był złoty, a ślepia paliły się na kolor czerwony.  Sam jego widok przerażał Ann, a do tego naprzeciwko potwora stał Percy z mieczem w ręce.
Dziewczynie udało się wyjść z samochodu w momencie kiedy przeciwnicy skoczyli na siebie. Percy wykonał zgrabny ruch mieczem i uderzył ostrzem potwora prosto w jego lewe oko. Potwór zaryczał z bólu i uderzył wielkim łapskiem w chłopca jednak ten zdążył odskoczyć na czas i zaatakować go z tyłu. Potwór nie był na tyle szybkie żeby uniknąć ataku ale gdy Percy wbił mu miecz w udo i zaczął go wyciągać, wilk obrócił się z impetem do tyłu tak, że chłopak puścił miecz i wylądował na drzewie. Annie patrzyła z przerażeniem  jak Percy osuwa się nieprzytomny na ziemię.
Co teraz robić? -pomyślała.   Nie umiała walczyć ale pewna cześć jej umysłu wiedziała co musi zrobić. Pobiegła do potwora wyjęła miecz z jego uda i zaatakowała go prosto w serce.  Na szczęście wilk nie zauważył, że chciała zaatakować go w pierś więc wyciągnął łapy przed siebie. Ann zgrabnie je ominęła i trafiła prosto w serce. Nagle potwór zwiotczał i runął na ziemię, wydał z siebie ostanie warknięcie i blask jego czerwonego oka wygasł.